Początek dramatu, który rozegrał się w białostockiej placówce medycznej, był zupełnie niepozorny. Tego dnia 36-letnia pacjentka rozpoczęła urlop zdrowotny, aby w domowym zaciszu przygotować się na nadejście dziecka. Wspólnie z 40-letnim mężem Łukaszem zajmowali się montażem mebli. Sytuacja diametralnie zmieniła się około godziny 15, kiedy ciężarna zaczęła gwałtownie tracić siły. Z minuty na minutę miała coraz większe problemy z oddychaniem i ostatecznie zaczęła osuwać się na podłogę z powodu omdlenia. Szybka reakcja partnera, który bez wahania zadzwonił po służby ratunkowe, okazała się kluczowa. Zespół karetki pogotowia już w drodze do szpitala zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.
Akcja ratunkowa
Dokładnie o godzinie 16.33 kobieta została przetransportowana na Szpitalny Oddział Ratunkowy, będąc jeszcze w pełni świadomą. Niestety, zaledwie siedem minut później doszło do nagłego zatrzymania krążenia. Medycy natychmiast przystąpili do intensywnych czynności resuscytacyjnych. Błyskawicznie podjęto decyzję o przeprowadzeniu ratunkowego cięcia cesarskiego. W momencie, gdy jeden z zespołów nieustannie masował serce i organizował wsparcie oddechowe za pomocą respiratora, wezwani specjaliści z zakresu położnictwa wydobyli noworodka punktualnie o 16.47.
Czytaj też: Ciężarna kobieta przeżyła koszmar. Groził jej 26-letni narzeczony
Dziecko przyszło na świat bez oznak życia i błyskawicznie zajęła się nim druga ekipa ratunkowa. Szczęśliwie po ostrej walce noworodek odzyskał funkcje życiowe i został przetransportowany na oddział intensywnej terapii. Tymczasem stan 36-latki wciąż był katastrofalny. Serce naprzemiennie podejmowało i przerywało swoją pracę. Zespół medyczny musiał wykonać aż cztery wyładowania defibrylatorem, aby ustabilizować rytm. Dodatkowo u pacjentki zdiagnozowano rozległy krwotok wewnętrzny do jamy brzusznej, a jej szanse na przeżycie drastycznie malały w mgnieniu oka.
"W jej żyłach nie płynie dziś ani jedna kropla krwi, z którą wjechała do szpitala 11 marca" – mówi dr Sławomir Czaban, anestezjolog z 40-letnim stażem.
Masywny zator płucny
Doświadczony specjalista otwarcie przyznaje, że podczas swojej wieloletniej praktyki zawodowej nie spotkał się z równie ekstremalnym przypadkiem. Badanie tomografem komputerowym ujawniło przerażającą prawdę, która na moment wstrząsnęła całym personelem. Okazało się, że bezpośrednią przyczyną zapaści był masywny zator płucny typu jeździec, objawiający się potężnym skrzepem całkowicie zamykającym przepływ krwi do obu tętnic. Zespół kardiochirurgów niezwłocznie podłączył 36-latkę do aparatury zastępującej pracę serca i płuc.
"- To dało nam trochę czasu, ale nie rozwiązało problemu" – wspomina prof. Karol Kamiński.
"Pazurami wyrywaliśmy ją śmierci"
Kluczową rolę w dalszym procesie leczenia odegrał doktor Maciej Mitrosz, który podjął się skomplikowanego zabiegu. Wprowadził on specjalistyczny cewnik poprzez żyłę udową, a następnie przeprowadził narzędzie przez jamy serca prosto do zablokowanych naczyń płucnych, skutecznie usuwając zagrażający życiu skrzep. Równolegle dwie inne grupy specjalistów walczyły z potężnym krwotokiem, ewakuując z przestrzeni brzusznej ponad litr krwi. W trakcie tej skomplikowanej procedury akcja serca kobiety ustała po raz kolejny, wymuszając powrót do masażu klatki piersiowej. Przez ponad dwa tygodnie pacjentka balansowała na granicy życia i śmierci, przebywając pod stałą opieką personelu oddziału intensywnej terapii. W środę 1 kwietnia wyszła do domu.
"- Pazurami wyrywaliśmy ją śmierci. To praktycznie cud by udało się uratować pacjentkę w tak dramatycznym" – dodaje dr Czaban.